Twoje PC  
Zarejestruj się na Twoje PC
TwojePC.pl | PC | Komputery, nowe technologie, recenzje, testy
M E N U
  0
 » Nowości
0
 » Archiwum
0
 » Recenzje / Testy
0
 » Board
0
 » Rejestracja
0
0
 
Szukaj @ TwojePC
 

w Newsach i na Boardzie
 
TwojePC.pl © 2001 - 2022
RECENZJE | Test MacBooka Pro 14. Czy M1 Pro daje rade?
    

 

Test MacBooka Pro 14. Czy M1 Pro daje rade?


 Autor: Wedelek | Data: 20/04/22

Test MacBooka Pro 14. Czy M1 Pro daje rade?10 listopada 2020 roku światło dzienne ujrzał pierwszy procesor z rodziny M1, rozpoczynając przy tym dwuletni proces porzucania przez Apple układów Intela i przesiadki na rozwiązania bazujące na architekturze ARM v8. Aktualnie znajdujemy się w drugiej fazie wspomnianej operacji, a do naszej dyspozycji oddano kolejne trzy procesory: M1 Pro, M1 Max i M1 Ultra. Dwa pierwsze trafiły do komputerów z rodziny MacBook Pro, a ostatni wylądował w Mac Studio - przerośniętej wersji Maca mini. Według Apple druga generacja emek jest dedykowana profesjonalistom, co ma usprawiedliwiać ich wysoką cenę. Ale czy nowe laptopy naprawdę są aż tak dobre? Postaramy się dziś odpowiedzieć na to pytanie w teście przekrojowym najnowszego MacBooka Pro 14.2 cale.

Wygląd

Na pierwszy rzut oka najnowszy MacBook swoim wyglądem mocno nawiązuje do poprzednich modeli i w zasadzie przed otwarciem klapy tegoroczną wersję zdradzają jedynie porty, których wreszcie jest tyle, ile powinno być. Jeśli jednak spojrzymy na Maca z góry, nie patrząc na to co jest po bokach, możemy łatwo pomylić najnowszy komputer Apple z jakaś starszą wersją. Trudno jednak poczytywać to za wadę, bo ustanowiony przez producenta z Cupertino wygląd nadal jest elegancki, ponadczasowy i zaskakująco świeży. Naprawdę ciężko jest się do czegoś przyczepić, a jeśli już, to co najwyżej do dość łatwo brudzącej się obudowy. Ta jest co prawda matowa, ale relatywnie szybko łapie brud i raczej nie zalecam chwytać jej brudnymi rękami. No chyba, że nie zależy nam na wyglądzie. Jeśli chodzi o zastosowane materiały i spasowanie to te są najwyższej klasy, a wrażenie jakości tylko się potęguje po wzięciu laptopa do ręki. Czuć, że mamy do czynienia z kawałkiem solidnego produktu. Nic tu nie skrzypi ani się nie ugina. Nawet pod dość sporym naciskiem. Niestety ma to też swoją cenę. Aluminiowa obudowa wraz ze wzmocnieniami z innych tworzyw w połączeniu z bardziej rozbudowanym systemem chłodzenia i sporą, bo 70Wh bateria swoje ważą. Przez to sam laptop jest zaskakująco ciężki - waży 1,6kg. Niby to tylko o 200g więcej niż w przypadku 13” Maca Pro, więc tragedii nie ma, ale mimo wszystko czuć różnicę.

Po otwarciu pokrywy naszym oczom ukazuje się zupełnie nowy, odświeżony wygląd, który wreszcie wygląda tak, jak na urządzenie klasy premium przystało. Mamy więc ogromny gładzik, przyjemną i całkiem sporą klawiaturę, z której wyleciał Touch Bar (zamiast niego są teraz przyciski funkcyjne. Wreszcie), oraz ekran okalany stosunkowo cienkimi ramkami. Jest ładnie i schludnie. Brakuje w zasadzie tylko napisu Macbook Pro - informacje o tym co to za laptop znajdziemy jedynie na dolnej pokrywie komputera. Pomyślałby kto, że firma, która dodaje do swoich sprzętów naklejki ze swoim logo będzie bardziej epatować należącymi do niej znakami towarowymi, ale na szczęście tak nie jest. Czasy podświetlanego jabłuszka już dawno przeminęły i bardzo dobrze. Pośrodku górnej części ekranu znajdziemy jeszcze jeden nowy element. Jest nim mocno kontrowersyjny notch. Wiele osób bardzo krytykuje Apple za jego zastosowanie, zwłaszcza, że producent nie zdecydował się w nim ukryć Face ID. Jest tam tylko kamera 1080p, oraz dioda powiadomień. Krytycy uważają, że dało się ten element zrobić lepiej, a sam notch ma być niezwykle upierdliwy i ogólnie negatywnie wpływać na odbiór treści.

Jeśli zapytalibyście mnie o opinie, to na ten ostatni zarzut odpowiedziałbym po prostu: „g*wno prawda”. Podobnie jak w przypadku iPhone’a element ten w żaden sposób nie wpływa na wygodę użytkowania, a po kilku chwilach w zasadzie w ogóle go nie zauważamy. Ba, umiejscowienie notcha na środku ekranu ma nawet jedną zaletę. Ponieważ ramki są tak cienkie, to podczas otwierania pokrywy nasz palec automatycznie zahacza o ekran zostawiając na nim ślady użytkowania. A raczej zostawiałby, bo w praktyce łapiemy po prostu za notcha.

Ekran



No a skoro już przy ekranie jesteśmy, to trzeba powiedzieć, że ten użyty w najnowszym MacBooku Pro 14 jest genialny. Dzięki pokryciu przestrzeni palety DCI P3 w 99% oraz sRGB w 110% można na nim bez obaw pracować nad projektami graficznymi, w tym obróbką zdjęć, tworzeniem fotomontaży czy obróbką wideo. I tu dochodzimy do bardzo ważnej kwestii. Apple chwali się, że ich najnowszy komputer przenośny ma najlepszy ekran jaki można spotkać w laptopie, co po prostu nie jest prawdą. Na rynku są laptopy z ekranami zdolnymi wyprodukować jeszcze więcej kolorów niż nowy MacBook Pro. Inna sprawa, że w większości przypadków i tak tego nie odczujemy, więc z praktycznego punktu widzenia nie będzie to miało dla nas znaczenia. Mimo wszystko trzeba jednak zaznaczyć, że dział marketingu w tym aspekcie przesadził z przechwałkami. Można się z natomiast pokusić o stwierdzenie, że MacBook ma najlepszy ekran typu IPS na rynku, a ustępuje tylko modelom z OLEDami.

Liquid Retina XDR wspiera też technologie True Tonę i adaptacyjne odświeżanie o nazwie ProMotion, które zwiększa dynamicznie odświeżanie ekranu z 60Hz do 120Hz. Trzeba też pochwalić Apple za wysoką jasność, która wynosi maksymalnie 1000 nitów dla obrazów z HDR i 500 nitów dla SDR. Dodatkowo w przypadku materiałów z HDR jasność może być szczytowo podbita do 1600 nitów. Samo podświetlenie jest też bardzo równe, a to dzięki zastosowaniu technologii mini-LED, która sprawia, że leciwa już technologia LCD może pod tym względem bez problemu konkurować z najdroższymi OLEDami. Co ciekawe podświetlenie ekranu można wyłączyć całkowicie, co jest przydatne jeśli korzystamy z dwóch monitorów i ten wbudowany nie jest nam akurat potrzebny, ale nadal musimy mieć dostęp do klawiatury MacBooka.

Mówiąc o ekranie nie sposób też nie powiedzieć czegoś o jego proporcjach i rozdzielczości. Ta wynosi 3024x1964 pikseli, a to z kolei daje nam zagęszczenie pikseli na poziomie 254ppi. Jeśli chodzi o proporcje ekranu w odniesieniu do innych produktów, to MacBookowi Pro 14 zdecydowanie bliżej do paneli w formacie 3:2 niż 16:9. Z mojej perspektywy był to krok w dobrą stronę, bo ekran o takich proporcjach sprawdza się w pracy lepiej niż jego szerszy odpowiednik. Co innego w przypadku oglądania filmów, ale zakładam, że raczej nikt o zdrowych zmysłach nie będzie używać tego sprzętu w charakterze kina domowego. Do tego służą duże telewizory lub ewentualnie spore monitory (zależy jak daleko siedzimy od ekranu).

I znów, jeśli miałbym na coś narzekać, to na użytą powłokę. Apple zdecydowało się bowiem na ekran błyszczący zamiast matowego. Ten zbiera niestety odciski palców równie ochoczo co rosyjski szpieg, ale na szczęście dzięki dodatkowym powłokom nawet przy pełnym słońcu nie widzimy refleksów, a ekran nadal jest w pełni czytelny. Jest to dość istotne, bo w wielu laptopach z którymi miałem do czynienia przy w jasny dzień ekran potrafił się miejscami zamieniać w lustro. Mimo wszystko wolałbym jednak matowy ekran.

Apple mogłoby poprawić też wyświetlanie górnego paska, który jest nieco szerszy niż sam notch i momentami ma po prostu zbyt mało miejsca by wyświetlić wszystkie opcje i ikony statusu. Na szczęście zdarza się to rzadko, a dzięki aplikacjom takim jak Dozer da się tę niedogodność łatwo wyeliminować.



Porty, łączność i akcesoria

Drugą wizualną nowością po ekranie są w nowym MacBooku porty. Tych jest o wiele więcej niż chociażby w takim MacBooku Pro 13 no i bardzo dobrze. Wróciły choćby znane ze starszych MacBooków złącza HDMI, niestety tylko w wersji 2.0 (4K@60Hz) i MagSafe 3, a także (fanfary) slot na karty miro SD. Do tego dochodzą trzy złącza USB C z obsługą Thunderbolt 4 (dwa po lewej stronie i jeden po prawej), które są w stanie nie tylko zasilać inne urządzenia prądem nawet 100W, ale też przesyłać dane z prędkością do 40Gb/s. Dla porównania w przypadku tradycyjnego USB C maksymalny transfer wynosi 10Gb/s. Do pełni szczęścia brakuje jeszcze tylko nowszego HDMI i choćby jednego portu typu USB A. Tu muszę jednak przyznać, że rozumiem dlaczego Apple z niego zrezygnowało. Powiem nawet więcej, w praktyce nie jest to aż tak problematyczne jak by się mogło wydawać. Ostatecznie kończy się na tym, że człowiek kupuje jeden HUB lub stację dokującą z kilkoma portami USB i Ethernetem, a potem podłącza to wszystko do jednego z portów USB C. Teoretycznie wydaje się to mało wygodne, ale w praktyce po chwili odkrywamy, że w sumie jest na odwrót - tzn. jest wygodniej. Czemu? No bo jak chcemy zabrać ze sobą w podróż swojego MacBooka, to zamiast X kabli odłączamy w sumie tylko trzy: zasilający, ten od HUBa i HDMI od zewnętrznego monitora. Przyznaję się, że sam byłem zdumiony jak wygodne jest to w gruncie rzeczy rozwiązanie.

Zwłaszcza, że obecnie większość akcesoriów i tak jest bezprzewodowa. Osobiście od lat korzystam z bezprzewodowej klawiatury i myszy, a także z bezprzewodowego tabletu. Z kolei w podróż i tak biorę co najwyżej myszkę bezprzewodową i ewentualnie tablet. A raczej brałem, bo płytka dotykowa wbudowana w MacBooka Pro 14 jest po prostu rewelacyjna, więc gryzoń nie jest już potrzebny. Autentycznie aż chce się z niej korzystać. Przyznam też, że nie czuć w żaden sposób, że jest to nieruchomy kawałek tworzywa. Silnik haptyczny naprawdę robi robotę. No ale w sumie z Touch ID w moim starym iPhonie 7 było podobnie, więc nie powinienem się dziwić. Podobnie jest z klawiaturą, na której pisze się po prostu bardzo wygodnie. Tu jednak mała uwaga. Opowiadanie, że klawiatura w MacBookach jest najlepsza na świecie i że pisze się na niej lepiej niż na mechanikach to trochę zaklinanie rzeczywistości. Mnie przykładowo mnie mimo wszystko ciut bardziej pasuje ta używana w ThinkPadach. Wracając jednak do klawiszy, to te pracują bardzo przyjemnie, a ich skok jest w moim odczuciu zadawalający. Na plus można też dodać regulowane podświetlenie, które można oczywiście wyłączyć zupełnie, a także wbudowany we włącznik czytnik linii papilarnych, który działa błyskawicznie.

Na pochwały zasługuje również system audio składający się z aż sześciu przetworników niskotonowych. Wbudowane głośniki grają głośno i czysto, chociaż brakuje im trochę basu. Ten jak na głośniki laptopowe jest ok, ale nic poza tym. Apple chwali się też wsparciem dla dźwięku przestrzennego w standardzie Dolby Atmos zarówno dla słuchawek podpiętych do złącza jack, jak i dla głośników. Ogólnie wydaje mi się, że na tym polu polu Apple naprawdę nie ma się czego wstydzić, a na rynku jest niewiele laptopów, które pod względem jakości dźwięku mogły by stawać w szranki z najnowszym MacBookiem Pro 14. Trzeba jednak pamiętać, że do poziomu zewnętrznego systemu audio wciąż daleka droga - fizyki nie oszukasz. Równie dobrze laptop radzi sobie ze zbieraniem dźwięku dzięki zastosowaniu trzech mikrofonów z technologią kierunkowego kształtowania wiązki akustycznej i aktywnej redukcji szumów.

W kwestii łączności bezprzewodowej Apple zafundowało nam tym razem połączenie dwóch popularnych i standardowych układów jakimi są moduły WiFi 6 802.11ax oraz Bluetooth 5.0. Te działają bezbłędnie i o dziwo sam Bluetooth lepiej dogaduje się z moim Intuosem niż analogiczne moduły pracujące pod Windowsem. Wspominam o tym dlatego, że w sieci można znaleźć opinie mówiące o tym, że Bluetooth w Macach działa gorzej niż na urządzeniach z okienkami. U mnie jest z kolei na odwrót i odkąd zacząłem testy (czyli od około 3 tygodni) nie uświadczyłem żadnego problemu. Dla kontrastu na moim dotychczasowym laptopie z serii ThinkPad niemal przy każdej aktualizacji systemu sterownik się gubił i tracił połączenie. Czasami zdarzało się to też w czasie pracy, co było mega frustrujące.

Jeśli już jesteśmy przy akcesoriach, to warto nadmienić, że bez zarzutu działają wszystkie sprzęty dedykowane dla Windowsa. W formie testów podpiąłem na przykład na chwilę moją klawiaturę Microsoft Sculpt Comfort Keyboard i ta zadziałała od razu. Trzeba co prawda pamiętać potem które klawisze dodatkowe są które - przykładowo klawisz z logo Windowsa to teraz Command - ale to akurat normalne. Bez najmniejszych problemów zadziałała też myszka - Razer DeathAdder, dość już leciwa drukarka HP oraz nienajnowszy już NAS od Synology DS213+. I tak, wiem, że akurat w przypadku gryzonia, NASa i drukarki nie jest to jakiś nadzwyczajny wyczyn, ale mimo wszystko postanowiłem o tym napisać, żeby uspokoić tych z Was, którzy martwią się, że będą musieli wszystko kupować od nowa. Naprawdę nie będzie takiej potrzeby.

Na koniec warto powiedzieć co nieco o tym co z najnowszym MacBookiem dostajemy. A będzie tego niewiele, bo producent dorzuca jedynie ładowarkę z USB C, która w najsłabszym modelu ma „tylko” 64W oraz kabel USB C - Magsafe, który warto pochwalić za bardzo przyjemną dla zmysłów fakturę oplotu. Do tego cały pakiet iWork i podstawowe narzędzia do edycji dźwięku i wideo.



Specyfikacja techniczna, chłodzenie i bateria

Testowany przeze mnie egzemplarz to model podstawowy, a więc wyposażony w 8-rdzeniowy procesor M1 Pro, 16GB pamięci GDDR5 oraz 512GB dysk SSD z protokołem NVMe. W sprzedaży możecie nabyć też wersję z 10-rdzeniowym CPU, lepszym GPU, do której dodacie nawet 64GB RAMu oraz maksymalnie 8TB dysk SSD. Pamiętajcie jednak, że przy takiej konfiguracji Apple zażąda od Was przysłowiowy milion złotych monet, więc przy każdym elemencie warto dobrze się zastanowić, czy aby na pewno jest on nam potrzebny.

Wracając jednak do samego SoC, to ten w badanym egzemplarzu składa się z 32 miliardów tranzystorów wykonanych w litografii 5nm od TSMC i składa się z kilku elementów. Pierwszym z nich jest CPU, który na wzór M1 ma budowę typu Big.LITTLE, czyli składa się z dwóch typów rdzeni: sześciu wysokowydajnych Firestormów pracujących z zegarem do 3.2GHz i dwóch Icestormów taktowanych częstotliwością 2.0GHz. Wysokowydajne rdzenie zostały przez Apple rozdzielone na dwa klastry, z których każdy ma do dyspozycji po 12MB pamięci L2 - 24MB łącznie. Jeśli zaś chodzi o rdzenie efektywne, to te z kolei otrzymały raptem 4MB pamięci L2, która podobnie jak w Firestormach jest wspólną przestrzenią dla całego klastra. Do tego cały procesor dysponuje jeszcze 24MB pamięci współdzielonej L3, a każdy z rdzeni Firestorm ma po 192KB pamięci L1 na instrukcje i 128KB na dane. W przypadku Icestormów pamięci podręcznej pierwszego poziomu jest oczywiście mniej i każdy z tych rdzeni ma do swojej dyspozycji odpowiednio 128KB pamięci na instrukcje i 64KB na dane.

Oprócz tego CPU jest połączony z pamięcią RAM typu GDDR5 za pomocą superszybkiego złącza o przepustowości 200GB/s (w M1 Max jest to 400GB/s), a tej jak już wiecie jest 16GB. Do pamięci oprócz CPU dostęp mają też 16-rdzeniowy koprocesor Neural Engine do wspierania obliczeń związanych z uczeniem maszynowym, koprocesor obrazu, który zapewnia sprzętową akcelerację dla formatów H.264, HEVC, ProRes oraz ProRes RAW, dając solidnego kopa przy obróbce wideo, a także GPU. Ten w testowanym egzemplarzu składa się 14 rdzeni budujących 224 jednostki EU i 1792 procesory strumieniowe. Jest to więc całkiem mocarny układ, choć oczywiście pod względem czystej mocy obliczeniowej nie ma szans ze stacjonarką zbudowaną z Threadrippera i RTXa 3080. No ale też nikt o zdrowych zmysłach nie powinien wymagać tak dużej mocy od laptopa, który zjada ułamek mocy wymienionego chwilę wcześniej Behemota.

Tu trzeba zresztą przyznać, że pod względem efektywności energetycznej nowe procesory od Apple robią ogromne wrażenie. Podczas półgodzinnych testów w Cinebenchu pracujący na baterii MacBook zjadł około 10% energii, a przy godzinnym renderingu w HandBrake ogniwo uszczupliło się o około 20%. Biorąc to pod uwagę można założyć, że bateria spokojnie powinna wystarczyć na około 6-8 godzin bardzo intensywnej pracy w takich aplikacjach jak Photoshop, Luminar, Affinity Designer czy DaVinci Resolve. O spokojnej konsumpcji treści, oglądaniu filmów i pracy biurowej nie wspominając - tu bez problemu wykręcimy wynik liczony w kilkunastu godzinach, co w praktyce oznacza, że z MacBooka Pro 14 można swobodnie korzystać na akumulatorze przez cały dzień roboczy. Zwłaszcza, że w przeciwieństwie do analogicznych rozwiązań bazujących na Windowsie nie mamy do czynienia z drastycznym spadkiem wydajności po odpięciu laptopa od gniazdka. Wszystko działa równie szybko co przy zasilaniu sieciowym.

Jeśli chodzi o system chłodzenia, to ten w MacBooku Pro 14 jest stosunkowo rozbudowany i składa się z kilku ciepłowodów, dwóch radiatorów oraz dwóch wentylatorów, które przez większość czasu albo nie działają wcale albo obracają się leniwie, nie generując w zasadzie żadnego hałasu. Przez cały okres testów zauważyłem, że nagrzanie laptopa do takich temperatur by wentylatory zaczęły być wyraźnie słyszalne graniczy praktycznie z cudem. Owszem, podgrzanie samego laptopa nie jest wcale takie trudne, ale kładąc go na kolanach poczujemy tylko nieco wyższą temperaturę, która nie jest w żaden sposób dokuczliwa. Apple zadbało również, by okolice gładzika grzały się jak najmniej, więc komfort pracy jest bardzo wysoki. Wbrew pozorom wciąż nie jest to wcale standard, zwłaszcza w przypadku tańszych modeli konkurencji - żeby być fair trzeba jednak nadmienić, że one przynajmniej kosztują o połowę mniej.

Nie oznacza to jednak, że laptop w ogóle się nie grzeje. Jeśli np. odpalimy na nim rendering wideo to ramka pod ekranem dość szybko stanie się bardzo gorąca. Dzieje się tak dlatego, że to właśnie w tym miejscu znajdują się zarówno SoC jak i część otworów wentylacyjnych. Mimo to temperatura jest zazwyczaj na tyle niska, że wentylatory albo się nie włączają w ogóle albo działają na niskich obrotach. Aby je rozpędzić trzeba się postarać, odpalając np. jakąś grę pisaną z myślą o architekturze x86. W tym przypadku mamy do czynienia z dużym i ciągłym obciążeniem GPU oraz podwyższonym zapotrzebowaniem na moc CPU z uwagi na konieczność translacji instrukcji w locie z wykorzystaniem oprogramowania Roseta 2. Z moich obserwacji wynika, że jest to najlepszy sposób na to by wyraźnie usłyszeć szum wentylatorów.



System

Ogromną zaletą samego MacBooka jest jego oprogramowanie. MacOS jest o wiele nowocześniejszym i lżejszym systemem niż Windows. Jest też znacznie bardziej bezpieczny. Nie wynika to bynajmniej z jakiejś boskiej supremacji technologicznej Apple nad Microsoftem. Po prostu MacOS jest dużo bardziej hermetycznym środowiskiem i przez to łatwiej go rozwijać. Apple nie musi na przykład wspierać setek różnych konfiguracji sprzętowych czy zachowywać wstecznej kompatybilności z przestarzałym softem. Jeśli coś jest przestarzałe, to po prostu wylatuje i już. Ma to swoje zalety jak i wady, ale ogólnie z punktu widzenia użytkownika takie podejście wypada na plus. Sporo zyskują również posiadacze iPhone’ów i iPadów korzystając na pełnej integracji Mac OS z systemem iOS. Od współdzielenia kluczowych zasobów i haseł, a na wykonywaniu/przyjmowaniu połączeń głosowych skończywszy.

W moim odczuciu sam system radzi sobie dużo lepiej niż Windows z obsługą wielu monitorów, a wbudowane funkcje i gesty są bardziej intuicyjne niż te w okienkach. Lepiej działa też system instalacji aplikacji - tu nie ma żadnego rejestru systemowego. Aplikacja od razu po skopiowaniu może zostać uruchomiona. Często nie trzeba jej nawet przenosić do dedykowanego folderu z aplikacjami. Na pochwałę zasługują też tryb pełnoekranowy aktywne narożniki czy sam system wielu wirtualnych pulpitów, z którego korzysta się bardzo przyjemnie. Również sam Finder bije na głowę Microsoftowy eksplorator plików, choć i w przypadku ekosystemu Apple istnieją jeszcze lepsze, płatne odpowiedniki. Oczywiście osoba przesiadająca się z Windowsa będzie na początku na wiele rozwiązań psioczyć, bo te działają po prostu inaczej, ale po przyzwyczajeniu się do nich odkrywamy, że w sumie większość z nich jest bardziej intuicyjna (większość, ale nie wszystkie).

Żeby jednak nie było, że tylko chwalę, to trzeba też jasno sobie powiedzieć, że MacOS w czystej postaci jest systemem dalekim od pełnej używalności. Już na wstępie trzeba do niego doinstalować sporo dodatkowego softu, który dodaje brakujące funkcje. I nie mówię tu o jakiś super zaawansowanych bajerach dla promila użytkowników, tylko o realnie potrzebnych elementach, które powinny znajdować się w każdym szanującym się systemie operacyjnym. Mowa o takich rarytasach jak chociażby automatyczna aranżacja okien po przeciągnięciu do rogu ekranu, która to funkcja nie istnieje w świeżo zainstalowanym MacOS. Owszem, możliwość układania okien obok siebie jest dostępna (ukryto ją pod przyciskiem do maksymalizacji), ale w porównaniu do tego co mamy w Windowsach jest to co najwyżej średnio użyteczna proteza. To samo tyczy się sterowania głośnością. W MacOS nie da się zmienić głośności dla każdej z aplikacji z osobna. Nie i koniec. No a przynajmniej nie bez odpowiedniego softu. Co gorsza firmy produkujące oprogramowanie na Maca brutalnie ten stan rzeczy wykorzystują żądając sobie za nawet najmniejszy kawałek kodu nawet kilkudziesiąt dolarów. Na szczęście podobnie jak w przypadku Windowsa istnieją bezpłatne alternatywy, które robią to samo, co ich płatne odpowiedniki z AppStore. Wystarczy jedynie poszukać. Przykładowo zamiast płatnego Magneta możemy wybrać darmowy Tiles, a do sterowania dźwiękiem świetnie nada się kosztujący 0zł i otwarto źródłowy Background Music.

Niestety nie wszystko da się w ten sposób poprawić. Przykładowo czy wiedzieliście, że przy kopiowaniu plików na Macu nie da się zobaczyć wprost z jaką prędkością odbywa się kopiowanie? Ja nie wiedziałem. Okazało się, że aby zobaczyć transfer trzeba albo kopiować pliki za pomocą komendy w terminalu (serio!), albo otworzyć sobie za każdym razem monitor aktywności... No i można co prawda ominąć to ograniczenie, ale raz, że trzeba zapłacić za tę przyjemność około $20, a dwa, że i tak nie jest to aż tak przyjemne i łatwe jak na Windowsie. Umówmy się, nie jest to może jakiś poważny brak, ale mimo wszystko nie jestem fanem tego rozwiązania, a już na pewno nie jest to „emejzing” jakiego bym oczekiwał. Do tego dochodzą różnego rodzaju, nazwijmy to, dziwactwa, które mogą utrudniać życie osobom, które przesiadają się na MacOS z Windowsa. I nie mówię tu o takich drobnostkach jak przeniesienie „trójcy przycisków funkcyjnych” do maksymalizowania, minimalizowania i zamykania aplikacji na drugą stronę, tylko o rzeczach, które realnie mogą utrudnić przyjemny odbiór Maca. Przykładowo jeśli chcemy przenieść jakiś plik (nie skopiować go), to trzeba najpierw z menu podręcznego wybrać opcję kopiuj, a następnie w nowym miejscu otworzyć menu kontekstowe i przytrzymać klawisz Option. Wtedy i tylko wtedy pojawi się opcja przenieś. Szczerze powiedziawszy zupełnie nie rozumiem po co to tak utrudniać. Zwłaszcza, że pewnie wiele osób nigdy nie dowie się, że taka opcja w ogóle istnieje.

I nie zrozumcie mnie źle. Ja naprawdę bardzo lubię Mac OSa i uważam, że suma sumarum pracuje się na nim lepiej niż na Windowsie, ale też nie ma co udawać, że ten system jest bez wad i że wszystko robi najlepiej. Na pewno tak nie jest.

W tym miejscu chciałbym jeszcze powiedzieć, że system i jego dziwactwa to jedno, ale niektórzy producenci oprogramowania też lecą sobie w kulki. Tak Netflixie, o tobie mówię! O co mi chodzi zapytacie? Otóż wielkie czerwone N stwierdziło, że nie będzie aplikacji dla Mac OSa. Nie miałbym z tym wielkiego problemu gdyby nie fakt, że istnieje aplikacja Netflixa na iOS, która mogłaby być natywnie odpalana na Big Sur, ale jej producent z premedytacją zablokował taką możliwość. Co więcej o pomyłce nie może być mowy, bo wcześniej dało się tę apkę zainstalować, ale Netflix taki proceder zablokował. Nie wiem czego się boją. Że im ktoś będzie seriale na torrenty wrzucać? Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie to właśnie takimi krokami ta korporacja skłania ludzi do piractwa. Zwłaszcza, że istnieją aplikacje do pobierania filmów z serwisów streemingowych, a osoba nieuczciwa nie musi nawet za nie płacić. Może je przecież pobrać z jednej ze stron z pirackim oprogramowaniem, których na Maca też nie brakuje. Innymi słowy nie ma żadnego racjonalnego powodu by akurat posiadaczy MacOS traktować inaczej niż resztę świata i Netflixowi należy się tu po prostu „karny k***s”.



Wydajność

No dobra, ale jak ten cały MacBook radzi sobie w praktyce. Żeby na to odpowiedzieć wykonałem kilka testów syntetycznych oraz praktycznych. Ponieważ z urządzenia korzystamy przede wszystkim w trybie przenośnym, więc wszystkie odbyły się na zasilaniu bateryjnym. Nie bawiłem się też w jakieś zamykanie dodatkowych kart czy aplikacji. W końcu nie chodzi o to by testować jak MacBook poradzi sobie w laboratorium, tylko w normalnym życiu.

Testy zacząłem od syntetyków, a konkretnie od GeekBencha 5. Muszę przyznać, że miałem w tym miejscu trochę wątpliwości czy jest sens używać tego konkretnego softu z uwagi na jego kiepską renomę, ale że nie jest to jedyny test jaki wykonałem, więc uznałem, że nie zaszkodzi i tego wyniku tu załączyć. W GeekBenchu testowany MacBook Pro uzyskał następujące wyniki:

Wydajność jednego rdzenia: 1732 pkt
Wydajność wielordzeniowa: 9330 pkt
Metal: 37 944 pkt
OpenCL: 33 543 pkt


Po GeekBenchu przyszedł czas na rendering, gdzie wykorzystałem znanego i cenionego CineBencha, który wyśmienicie sprawdza się do testowania realnej wydajności CPU. W tym teście MacBook Pro 14 zdobył odpowiednio 1493pkt dla pojedynczego rdzenia i 9416pkt podczas weryfikacji wydajności wszystkich rdzeni (ratio 6,3x).

No a że nie tylko wydajność CPU się liczy, to kolejne testy objęły pamięć RAM oraz ogólną wydajność w renderingu wideo. Do tego zadania wykorzystałem kolejno AmorpousMemoryMark 3.0, BlackMagic RAW Speed Test, BlackMagic Disk Speed Test, benchmark Unigine Valley, oraz oprogramowanie HandBrake (linki do użytych sampli znajdziecie pod wykresami).

Wideo 1080p: KLIK
Wideo 4K: KLIK

Następnie postanowiłem wykonać kilka testów w DaVinci Resolve na tworzonym przeze mnie materiale oraz na pobranych z Internetu próbkach obrazów w jakości 4K i 8K. Jeśli chodzi o wideo, to krótki klip o długości 1min i 28s, składający się z połączenia kilku sampli, przejść, efektów tekstowych i podstawowego Color Gradingu renderował się do 1080p w około 1min 15s. Jeśli chodzi o zadania w Photoshopie, to te obejmowały prace z wykorzystaniem zaznaczania obiektów, nakładania rozmyć (dołączone wideo) i używania filtrów neutralnych. Próbki z których korzystałem znajdziecie pod dołączonymi linkami. Od siebie dodam tylko, że praca w używanych przeze mnie DaVinci Resolve, Photoshopie, Lightroomie, Luminarze i Affinity Designerze była za każdym razem bardzo wygodna. Ani razu nie zdarzyła mi się przecinka czy ani nie uświadczyłem braku w responsywności.

Spis obrazów:

Obraz 1 (2000 x 1335px): KLIK
Obraz 2 (7680 x 4320px): KLIK
Obraz 3 (8910 x 5100px): KLIK
Obraz 4 (3024x1964px): KLIK
Obraz 5 (3840x2160px: KLIK

Na deser zostawiłem temat gier. Większość dużych pozycji nie ukazuje się na Maki wcale, ale to nie oznacza, że nie ma w co grać. Ciekawych tytułów wbrew pozoru jest całkiem sporo i nie mówię jedynie o grach rodem z mobilek, które swoją drogą też potrafią być zaskakująco grywalne. Ja na potrzeby testów sprawdziłem jak posiadany przeze mnie model sprawdzi się w nie najnowszych już Somie i The Long Dark. W obu przypadkach postawiłem na wysokie ustawienia graficzne z włączonym AA i rozdzielczością 1920 x 1200 pikseli. Test dla każdej z gier trwał około 30 minut, z czego na sam koniec testu uruchomiłem każdą z gier raz jeszcze (nowa gra) i nagrałem dla Was krótki materiał prezentujący jak wygląda kwestia płynności. Ponieważ Maki nie są stworzone do gier, więc nie poświęcałem temu tematowi zbyt wiele uwagi. Potraktujcie go raczej jako bonus.










Podsumowanie

Na koniec pozostała jeszcze kwestia ceny. Ta nie jest niestety niska, bo testowany egzemplarz kosztuje na stronie Apple około 10 700zł, To dużo i to nawet bardzo. Z drugiej strony to co dostajemy naprawdę potrafi się obronić. Zwłaszcza, jeśli trafimy na odpowiednią promocję. Całkiem niedawno można było trafić na solidną obniżkę i wyrwać opisywany model w cenie około 9260zł w jednej z ogólnopolskich sieci sklepów RTV AGD. Z tęgo miejsca chciałbym też przestrzec przed pokusą zakupu tego lub jakiegokolwiek innego sprzętu u handlarzy z Allegro, którzy oferują sprzęt dużo poniżej ceny detalicznej kasując sobie czekać na jego odbiór ponad 100dni. Nie wiemy przecież skąd pochodzi sprzęt z takich aukcji i nie mamy żadnej pewności czy za jakiś czas do naszych drzwi nie zapuka policja z nakazem konfiskaty sprzętu. Nie wiem jak Wy, ale ja bym wolał nie ryzykować.

Plusy

+ rewelacyjny wyświetlacz
+ bardzo wysoka wydajność...
+ ...która nie spada po odłączeniu sprzętu od prądu
+ ekstremalnie długi czas pracy na baterii
+ dobrej jakości głośniki
+ bardzo przyjemna klawiatura i gładzik
+ materiały klasy premium i nienaganne spasowanie
+ przyjemna dla oka stylistyka
+ duża ilość portów i Mag Safe 3
+ system operacyjny MacOS i integracja z innymi urządzeniami Apple

Minusy:

- HDMI tylko w wersji 2.0
- brak USB typu A
- w notchu można było zmieścić Face ID
- system operacyjny MacOS
- wysoka cena wyższych wersji sprzętowych